Andrzej
kępa
Przed rokiem, w majowym numerze "MT" z 1972 r., drukowaliśmy
sprawozdanie z wyprawy podjętej przez grupę studentów z uczelni
warszawskich do południowozachodniej Azji. Środkiem transportu
wyprawy był polski ciągnik "Ursus", obecnie autor tamtego
sprawozdania dzieli się z czytelnikami "MT" wrażeniami
z kolejnej niezwykłej studenckiej wędrówki, której był uczestnikiem
i współorganizatorem. (red.)

Udana
poprzednia wyprawa "Traktorem do Krajów Bliskiego Wschodu"
ułatwiła przygotowanie nowej, nieco podobnej imprezy. tym razem
postanowiliśmy podróżować na wypróbowanych podczas wyprawy traktorowej
motorowerach "Komar". po uzgodnieniu z producentem motorowerów,
z Zakładami Rowerowymi Predom Romet w Bydgoszczy ustalona została
trasa z Warszawy do Bagdadu o łącznej długości około 9 tysięcy
kilometrów, wiodąca przez dwa kontynenty europę i azję. Okres
przygotowań był długi, ponieważ chcieliśmy przygotować imprezę
możliwie starannie. Najbardziej sprzeczne opinie dotyczyły wybranego
przez nas środka transportu motorowerów. Powinny wytrzymać mówili
specjaliści z biura konstrukcyjnego zakładów, pokrzepiając nas
niezbyt jednak pewnymi głosami. Też się wam chce? Do granicy na
nich nie dojedziecie, mówili inni. Pod koniec lipca ub.r. przekazano
uczestnikom wyprawy osiem motorowerów "Komar" trzech typów.
Były wśród nich cztery "Komary" typu 2350, trzy typu 2330
i jeden "Komar Sport" typu 2361. Różnice konstrukcyjne między
poszczególnymi typami "Komarów" są niewielkie. Wszystkie
wyposażone są w te same silniki o mocy 1,4 km z Zakładów w Nowej
Dębie. jedynie "Komar Sport" wyglądem swym różni się nieco
od swych poprzedników. Długie, kanapowe siodło, krótka kierownica
i inna konstrukcja zbiornika paliwa zmieniają jego sylwetkę w
stosunku do typowego "Komara", upodabniając go wyglądem do
wyczynowego motocykla. Pozostałe dwa typy (2330 i 2350) różnią
się między sobą sposobem uruchamianią silnika: typ 2330 ma pedały
w odróżnieniu od typu 2350, który zamiast pedałów ma sprężynowy
rozrusznik nożny, podobny jak u motocykli. "Komary" z pedałami
przydzielone zostały dziewczętom, jako że nie trzeba ich "kopać"
przy uruchamianiu silnika. Dziewczyny na "komarach" w taką
podróż!? Zdziwieni, ale i zaciekawieni dziennikarze wymieniali
między sobą spostrzeżenia na konferencji prasowej przed wyjazdem
z Bydgoszczy. Sprzed Bydgoskiej fabryki kolumna składająca się
z ośmiu motorowerów wyruszyła na jazdę próbną, kierując się okrężną
drogą do Warszawy. Po przyjechaniu do stolicy okres wstępnego
docierania silników mieliśmy za sobą.
maszyny nie sprawiły nam zawodu. obeszło się bez większych napraw,
poza ciągłym dokręcaniem śrub i nakrętek, które na pierwszych
200 kilometrach dokręcać trzeba było na każdym postoju. W Warszawie,
nauczeni ubiegłorocznymi trudnościami z trwałym mocowaniem łańcuchowego
koła zębatego na piaście koła tylniego, wprowadziliśmy swój sprawdzony
już sposób mocowania. W miejsce zabezpieczających koło zębate
przed odkręceniem się czworokątnych podkładek blaszanych wstawione
zostały typowe podkładki sprężyste. Wiele kłopotów przed wyjazdem
sprawiał nam problem umieszczenia na "Komarze" potrzebnego
bagażu. Jak wynikało z obliczeń, każdy uczestnik imprezy musiał
zabrać około 25 kg bagażu. Składały się na to części zamienne
do motorowerów, zapas taśmy filmowej do kamery i niezbędne rzeczy
osobiste. Poza tym dodatkowo trzeba było zabrać jeszcze namioty
i śpiwory. Ostatecznie, po wielu przymiarkach dotyczących toreb
bocznych, wózków wleczonych czy innych konstrukcji, zdecydowaliśmy
się na zabranie całego bagażu w zwykłe torby, mocowane do istniejącego
bagażnika paskami skórzanymi. namioty położone zostały na zbiornikach
paliwa, a śpiwory na torbach z bagażem. W trakcie prób stateczności
takie rozmieszczenie ładunku zdało egzamin. torba trzymała się
dobrze i w czasie jazdy mogk służyć dodatkowo jako oparcie. Prawdziwa
przygoda rozpoczęła się dopiero 13 sierpnia ub.r. tego dnia rano
wyjechaliśmy z Warszawy. Od samego początku bardzo przydatne okazały
się radiotelefony echo. Stała łączność między pierwszym i ostatnim
z kolumny umożliwiała sprawne i bezpieczne prowadzenie grupy na
ruchliwych szosach. przy przejazdach przez wielkie miasta sprzęt
ten był wręcz nieodzowny. Nasze "Komary" na europejskiej
trasie prowadzącej przez Czechosłowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię
i część Turcji spisywały się bez zarzutu, minio przebywania licznych
tras górskich. W zatłoczonych miastach bez trudu radziliśmy sobie
nawet przy największych korkach ulicznych. Zwrotne "Komary"
wciskały się wszędzie bez przeszkód. Śmiało zaryzykować można
stwierdzenie, że w dużych miastach są to pojazdy najszybciej poruszające
się i mające przewagę nad najprzedniejszymi nawet samochodami.
Pierwszy swój chrzest bojowy przeszły nasze "rumaki" w Bułgarii
w czasie wielokilometrowego, stromego podjazdu na przełęcz szipczanską.
Pokonaliśmy wówczas w ciągu godziny blisko 900 metrów różnicy
wzniesień. Po przejechaniu tych gór pewni byliśmy, że "Komary"
nas nie zawiodą. tak też było. po nastepnych kilku dniach wjechaliśmy
do Stambułu, miasta leżącego nad cieśniną Bosfor na granicy Europy
i Azji. Kiedy dużym promem samochodowym przepływaliśmy przez bosfor,
zwróciła naszą uwagę imponująca sylwetka budowanego obecnie między
Europą i Azją gigantycznego mostu. W porównaniu z rokiem ubiegłym
widać było duży postęp w budowie. Pomiędzy ponad 100-metrowej
wysokości wspornikami przeciągnięte zostały już specjalne grube
łańcuchy, wzdłuż których układane są pomosty. W czasie całej drogi
przez turcję nie było z "Komarami" większych kłopotów. Dopiero
przy przejeździe przez góry Taurus w kierunku Morza Śródziemnego
zaczęły odmawiać posłuszeństwa kondensatory. Zbyt długa jazda
w gorącym klimacie i liczne podjazdy zmusiły nas po kilku kolejnych
wymianach kondensatorów na przemontowanie ich spod silnie rozgrzewającego
się iskrownika do lampy przedniej. Od tej pory kłopoty zniknęły.
W rejonie gór Taurus, o typowym, alpejskim charakterze, osiągnęliśmy
na "Komarach" najwyższe na całej trasie wzniesienie: 1584
m n.p.tn. mimo połowy września upały dawały się nam mocno we znaki.
W południe temperatura nie spadała poniżej 35 °c. Założony plan
jazdy trzeba było jednak wykonywać. W tym czasie pokonywaliśmy
dziennie odległości 250 km. przy jeździe w grupie zajmowało nam
to ca ły dzień. Często jechaliśmy już po zachodzie słońca, kiedy
było o wiele przyjemniej. zmęczeni całodzienną. jazdą nie zawsze
myśleliśmy o przeglądzie motorowerów. Często naszym jedynym pragnieniem
było jak najszybsze rozbicie namiotów. Zdarzało się i tak, że
co bardziej zmęczeni całodzienną jazdą rezygnowali z ostatniego
posiłku na rzecz wcześniejszego odpoczynku. Niełatwa to była impreza,
ale obecnie wszyscy mile ją wspominają. Ze względu na małą odporność
fizyczną i psychiczną dwie osoby wycofały się z tej próby sił.
co ciekawsze, byli to mężczyźni. Dziewczęta znosiły wszystkie
trudy lepiej niż męska część grupy. Impreza zmuszała do przezwyciężania
własnych słabości. Nie było tu ani czasu, ani miejsca na roztkliwianie
się nad sobą. Chęć poznania nowych, ciekawych krajów i ludzi zagrzewała
do dalszej jazdy wędrówkę na "Komarach" po krajach Arabskich
rozpoczęliśmy od Syrii. ciekawy to kraj i zupełnie odmienny krajobrazowe
i pod względem obyczajów niż Polska. Polacy są w tym kraju znani
i cenieni jako wysokiej klasy specjaliści. W drugim co do wielkości
mieście Syrii, w historycznym Aleppo, Polski inżynier, Henryk
Roller od kilku lat kieruje rozbudową nowoczesnych dzielnic miasta.
Sto kilkadziesiąt kilometrów na południe pod miastem Hama ustawiona
jest przy szosie duża tablica z napisem "Centrozap-Poland".
kilka kilometrów od tego miejsca w nagim stepie zbudowana została
przez Polaków walcownia stali, zaspokajająca potrzeby Syrii na
wyroby walcowane. Obecnie pracuje tu już tylko kilku Polaków.
Całość produkcji przejęli w swoje ręce Syryjczycy. W całej jednak
okolicy nazwisko dyrektora budowy, inż. Babczyńskiego, otwiera
serca Syryjczyków i czyni ich jeszcze bardziej przyjaznymi w stosunku
do Polaków. w Hamie wspólnie ze spotkanymi Polakami odpoczywamy
na skwerze nad rzeką Orontes, w szumie wody przelewającej się
przez Norie. Ciekawe to i jedyne w swoim rodzaju urządzenia wodociągowe
z XIV wieku. sprawne są jeszcze do tej pory i jedno z tych drewnianych
kół z łopatkami zaopatruje w wodę pobliski meczet. Kilkadziesiąt
kilometrów za Hamą mijamy zaporę na tej samej rzece. Bardzo ważny
to obiekt w warunkach Syryjskich. tu, w sąsiedztwie pustyni i
stepu, każda ilość wody jest cenna. Specjalnie wytyczona sieć
kanałów rozprowadza wodę w promieniu kilkunastu kilometrów, dlatego
też okolica ta słynna jest ze wspaniałych zbiorów warzyw i owoców.
tam, gdzie wody brakuje, dowozi się ją w dużych zbiornikach traktorami,
a w rejonach biedniejszych... w specjalnych gumowych worach na
osiach. Za miastem Homs, gdzie zbudowana została nowoczesna rafineria
ropy, wjeżdżamy na Pustynię Syryjską. zajmuje ona obszar kilku
tysięcy kilometrów kwadratowych. W jej wnętrzu, w odległości 150
km od Homs, znajdują się ruiny starożytnego miasta Palmiry. Wiedzie
do nich będąca w nie najlepszym stanie szosa, poprowadzona wzdłuż
rurociągu naftowego łączącego roponośne rejony iraku z rafinerią
w Homs i portami morskimi nad Morzem Śródziemnym. Palmira -okres
swojej świetności przeżywało to miasto za panowania królowej Zenobii.
potem przyszły wojny z Rzymianami i miasto zaczęło chylić się
ku upadkowi. Dzieła zniszczenia dokończyło trzęsienie ziemi w
XII wieku. Pozostałe ruiny, leżące z dala od uczęszczanych szlaków,
poszły w zapomnienie. Dopiero wXVII wieku natrafili na nie Brytyjscy
uczeni. Ostatnio do badań archeologicznych włączyli się również
Polacy. Od 1959 roku corocznie prowadzone są tu wykopaliska pod
kierunkiem prof. K. Michałowskiego. Ruiny miasta zdumiewają swym
ogromem. Zastanawia, jak przed kilkunastoma wiekami budowniczowie
przenosili bloki jasnego piaskowca o ciężarze kilku ton? W dolnym
poziomie wykopalisk odsłonięte zostały pozostałości wodociągów..
Wewnątrz kamiennych bloków biegną wykładane glinką ceramiczną
okrągłe otwory. Połączone z sobą bloki z otworami, odpowiednio
uszczelnione, stanowiły system rur, którymi płynęła woda. Wspaniale
wygląda jeszcze dzisiaj duży teatr, jak i ogromna Świątynia Baala.
Po tej niecodziennej lekcji historii ruszyliśmy na ukos przez
piaszczystokamienistą pustynię bez dróg. Niezwykła to była przygoda.
Wokół tylko jasna płaszczyzna i jasne, rozgrzane niebo. Kierowaliśmy
się przez pustynię za pomocą kompasu i ruchu słońca. "Komary"
poradziły sobie z tą próbą doskonale. Jedynie ogumienie nie wytrzymało
długotrwałej styczności z rozgrzanym i nie zawsze równym podłożem.
dwa " razy trzeba było zdejmować koła i zmieniać dętki. upal
dokuczał nie tylko "Komarom". Dziewczęta, chętnie do tej
pory wystawiające się do promieni słonecznych, wciskały się teraz
niemalże w tylne koła motorowerów, gdzie duży stosunkowo bagaż
rzucał na piasek nikły cień. Termometr pokazywał w tym cieniu
temperaturę 42 c. W czasie całodziennej drogi przez piaski pustyni
na samym jej skraju uwagę nasza zwróciła niecodzienna w warunkach
pustynnych, ogromna budowia z metalu i szkła, fatamorgana, krzyczeli
wchodzący w skład ekipy geografowie. Nie była to jednak fatamorgana.
Konstrukcja budynku stawała się coraz to wyraźniejsza. aA gdy
do niego dotarliśmy, przywitali nas niemieccy budowniczowie przepompowni.
Na trasie nowego rurociągu. Początkowo nie dowierzali nam, że
jedziemy na "Komarach" aż z Polski. dopiero pokazanie licznika
kilometrów i stempli w księdze pamiątkowej przekonało ich o tym.
Korzystając z okazji wyczyściliśmy tu nasze "Komary" z pyłu
pustynnego i uzupełniliśmy zapasy śrub i nakrętek pogubionych
na trasie. Następnych kilka dni spędziliśmy w Damaszku. na ulicach
widoczne były jeszcze wielojęzyczne plakaty dotyczące Międzynarodowych
Targów Damasceńskich. Od kilku lat wystawcą jest tu również Polska.
Na czas pobytu w tym mieście, niedaleko którego, jak pisał mickiewicz,
"diabeł siedział na daszku..." zaprosił nas do siebie w gościnę
jeden z budowniczych przepompowni, palestyńczyk o imieniu Gasyr.
Razem
z nim poznawaliśmy uroki tego orientalnego miasta, kryjącego wiele
tajemnic, a jednocześnie będącego stolicą Syrii. kiedy patrzy
się na miasto z pobliskich gór, wygląda ono jak oaza o gigantycznych
rozmiarach. Wokół tylko piaski pustyni i nagie wzgórza. Oaza dzięki
sprzyjającemu położeniu rozwinęła się do dzisiejszych granic.
Po kilkunastu kilometrach dalszej jazdy ujrzeliśmy morze śródziemne.
mimo późnego popołudnia temperatura wody była tak wysoka, że ponad
godzinę nie rozstawaliśmy się ze słoną co prawda, ale upragnioną
przez nas wodą. Dalsza trasa prowadziła cały czas wzdłuż wybrzeża.
Po drodze mijamy będący obecnie w rozbudowie, drugi co do wielkości
port Syrii - Tartus. w odległości kilometra od brzegu leży w okolicy
miasta bardzo ciekawa wysepka Arwad. Dostać się na nią można małymi
motorówkami. Po dalszych kilkudziesięciu kilometrach z dala widać
już wielkie zbiorniki. Zbliżamy się do miasta Banias, specjalistycznego
portu morskiego, gdzie zawijają tylko zbiornikowce. Tu ma swe
zakończenie rurociąg z Iraku, wzdłuż którego jechaliśmy do Palmiry.
Po godzinie jazdy jesteśmy w Latakii, blisko 100-tysięcznym mieście,
a przede wszystkim największym porcie Syryjskim. W mieście tym
zatrzymujemy się na dłuższy pobyt, by przygotować się do dalszej
drogi. Do zmechanizowanego w dużym stopniu portu w Latakii często
zawijają Polskie statki. Bardzo mile wspominamy spotkanie z załogą
na Polskim statku ms "Gorlice". Latakia jest miastem o niepowtarzalnym
lokalnym charakterze. Nie
ma tu na przykład, jak w innych dużych miastach, taksówek. zastępują
je duże motocykle zabierające pasażerów. Widok czterech osób na
motorze nikogo tu nie dziwi. Prawie powszednim widokiem jest w
tym mieście również karawana wielbłądów sunąca obok dźwigów portowych
i nowoczesnych wysokich budynków. Na dachach anteny telewizyjne
o oryginalnych kształtach mówią o tym, że i tu dociera program
telewizyjny. Z latakii dalsza nasza trasa prowadziła do Iraku.
Przed nami do granicy jeszcze około 1000 kilometrów. Po minięciu
miasta Aleppo szosa prowadzi wzdłuż doliny eufratu. Szosa bardzo
wygodna, szeroka. Obok biegnie linia kolejowa przystosowana do
podłączenia sieci elektrycznej. W ciągu najbliższych lat w rejonie
tym elektryczność będzie dostępna dla wszystkich. Dojeżdżamy do
miasteczka Tabqa. Tu na Eufracie buduje się obecnie gigantyczną
zaporę wodną. Elektrownia jest już na ukończeniu. Budowniczymi
i projektantami są w większości Rosjanie. cała zapora ma mieć
4,5 kilometra długości i 60 m wysokości. Zakończenie robót planowane
jest na 1975 rok. Przygotowania do należytego wykorzystania powstałej
energii elektrycznej są w pełnym toku. Ustawione zostały już linie
przesyłowe wysokiego napięcia. moc elektrowni ma wynosić około
800 mw.
O tym, jak wielkie ma znaczenie dla Syrii ta budowa, niech świadczy
fakt, że powołane zostało specjalne ministerstwo do spraw zapory
na Eufracie. Dzięki spiętrzeniu wód Eufratu, rozległe pustynne
i nieużyteczne obecnie obszary zostaną nawodnione, a ziemia pustyni
jest tu ponoć żyzna. Jadąc dalej w kierunku wschodnim wzdłuż Eufratu,
mijamy miasto Rakka. Przy drodze, którą jedziemy, dzięki bliskości
wody, uprawiana jest w dużych ilościach bawełna. Jej zbieraniem
trudnią się kobiety ubrane w kolorowe stroje. Puch bawełny pakowany
jest w duże wory, ubijany nogami i tak przewożony do punktów skupu.
Monotonny krajobraz doliny Eufratu urozmaica na całej wielokilometrowej
trasie widoczna z daleka kopalnia fosforytów, zbudowana przez
hiszpanów. Podobną buduje się obecnie przy udziale Polskich specjalistów
w głębi pustyni, w okolicy Palmiry. O zbliżaniu się do granicy
Irackiej sygnalizują widoczne na tle wieczornego nieba pióropusze
ognia z szybów naftowych. W północno-wschodnitn zakątku Syrii
znajdują się duże pokłady ropy naftowej, eksploatowane od 1963
roku. Znacznie większe ilości tego ..płynnego złota" znajdują
się w sąsiednim Iraku. Tu ropa wydobywana jest głównie w rejonie
miasta Kirkuk. W nocy nawet z odległości 50 kilometrów od tego
miasta,
widoczna jest na niebie purpurowa łuna. Naszą wędrówkę po iraku
rozpoczynamy od Mosulu dużego miasta le-żącego na północy kraju.
Miasto jest skupiskiem Polaków. Wybudowana zosłata tu przez Polaków
cukrownia połączona z drożdżownią. Czynna jest ona, w odróżnieniu
od Polskich fabryk tego rodzaju, przez cały rok. W czasie kampanii
cukrowniczej przerabiane są tu buraki cukrowe, a poza sezonem
półprodukt dostarczany z kuby - cukier żółty. Poznaliśmy tu wielu
Polaków. Najbardziej utkwiła nam w pamięci postać Kazimierza Przyłuskiego,
który pracuje w tej cukrowni od czasów jej budowy, a poprzednio
brał udział w budowie polskiego Turoszowa. Dzięki niemu mieliśmy
możność dokładnie zapoznać się z życiem i pracą polaków w Mosulu.
W czasie kilkudniowego pobytu w tym mieście obejrzeliśmy również
budowę dużej kopalni siarki w odległości 50 km od miasta. Budowana
jest ona przez Polaków. Kiedy przyjechaliśmy tam, pierwszym wrażeniem
było rozczarowanie. Brakowało nam w krajobrazie dużych koparek
i taśmociągów. Nie było również żadnych wykopów. Jak się okazało,
siarka wydobywana jest tu, podobnie jak w polsce w Grzybowie i
Jeziorku, zmodyfikowana przez Polaków metodą Frasha. Pod ziemię
za pomocą specjalnych rurociągów wtłaczana jest pod ciśnieniem
przegrzana para wodna. Po rozpuszczeniu złoża innymi rurami płynna
siarka wydostaje się na powierzchnię. Dalej następuje proces oczyszczania.
Dostosowaną do miejscowych warunków oryginalną metodę oczyszczania
siarki z płynnych produktów bitumicznych opracowała prof. Z. Leszczyńska
z Polski. Ostopniu zanieczyszczeń wydobywanej tu surowej siarki
świadczy jej kolor. Spod ziemi wypływa ciecz podobna do smoły.
Po zapoznaniu się z procesami technologicznymi, obejrzeliśmy teren
kopalni. Nie ma tu błota, wygodne drogi prowadzą do porozrzucanych
w promieniu kilku kilometrów poszczególnych zespołów. Wszystko
w jedną całość łączą lśniące w słońcu nitki rurociągów. Obecnie
w kopalni w Miszraku, jak mówią Polacy, pracuje wielu Polskich
specjalistów. Praca jest tu bardzo trudna i wyczerpująca. W miesiącach
letnich temperatura przekracza 55c. Teraz jest znacznie chłodniej,
a mimo to wracający po całodziennym dniu pracy zakładowym jelczem
Polacy zasypiają w czasie godzinnej drogi. Na twarzach rysuje
się zmęczenie. Mosul leży nad Tygrysem, drugą obok Eufratu rzeką
spinającą jak klamrą rejony dawnej mezopotamii. Tu spotyka się
ruiny miast Syryjskich, ślady kultury Babilońskiej. Niniwa. Nimrud,
Babilon, same nazwy mówią za siebie. Ślady pisma klinowego czy
płaskorzeźby z okresu Babilońskiego wywierają na przybyszach z
Europy duże wrażenie, a w Iraku zabytki takie są niemal codziennością.
dzień drogi na południe kraju i jesteśmy w mieście Tikrit. kiedy
byliśmy w Mosulu, opowiadano nam, że zbudowano tam "most do nikąd".
jak się okazało, jest w tym trochę racji. Most jest wspaniały,
nowoczesny. droga dojazdowa od strony miasta jasno oświetlona
jarzeniówkami. przy wjeździe na most duża tablica mówiąca o tym,
że wybudowali go Polacy. spotykamy się z budowniczymi. są już
tylko nieliczni. Praca skończona, wracają do kraju. Wspólnie oglądamy
to dzieło Polaków nad Tygrysem. za rzeką istotnie nie ma szosy.
Dopiero za kilka lat prowadzić będzie tędy wygodna droga do Kirkuckiego
zagłębia naftowego. Obecnie, po nacjonalizacji przemysłu naftowego,
rząd Iracki boryka się z trudnościami finansowymi. Nie jest to
najważniejsza inwestycja w kraju, a most przecież się nie zawali
przez ten czas. Pięćdziesiąt kilometrów na południe od Tikritu,
nad dużym zbiornikiem wodnym na Tygrysie, leży stare miasto Samarra.
W centrum miasta lśni w słońcu szczerozłotym blaskiem, jej widok
zapiera nam oddechy, kopuła "złotego meczetu". Delikatne
mozaiki na ścianacn dopełniają piękna tego obiektu. Kilkaset
metrów dalej druga osobliwość miasta 60metrowej wysokości spiralny
minaret. Z Samarry wygodną szosą po kilku godzinach dojeżdżamy
do Bagdadu stolicy Iraku, miasta 1001 nocy. Obok starych zabytków
nowoczesna, fukcjonalna zabudowa efekt pracy Polskich architektów
zajmujących się rozbudową centrum miasta. Co krok widać ślady
współpracy między Polską i Irakiem. Większość pojazdów na ulicach
miasta to "Polskie Fiaty" i "Nysy".Bagdad miasto ciągnące
się po obu stronach Tygrysu, z kilkoma mostami widocznymi przez
gaje palm daktylowych było ostatnim etapem naszej wyprawy. Stąd
powrót do kraju odbywał się już koleją. Duże chłody grudniowe
nawet i tu, w centrum iraku, zaczęły dawać się nam we znaki. Korzystamy
z usług kolei Bagdadzkiej. Po 6 dniach jazdy pociągiem przez Irak,
Syrię, Turcję. Bułgarię, Rumunię i ZSRR powracamy do Polski. Kiedy
przekraczamy granicę w Medyce, w całym kraju wszyscy przygotowują
się do powitania nowego roku. Jest 31 grudnia. w sumie "Komary"
przejechały po blisko 9 tysięcy kilometrów. Wszystkie są nadal
sprawne. Bez zastrzeżeń spisywała się konstrukcja ramy, a i silniki.
po początkowych kłopotach, okazały się niezawodne. Trasa, którą
przejechaliśmy, była kresem możliwości ogumienia. 9 tysięcy kilometrów
po rozgrzanych szosach to, niestety, górna granica wytrzymałości
produkowanych obecnie opon do motorowerów. Impreza obok dużych
walorów poznawczych dla uczestników, dała zakładom rowerowym w
bydgoszczy możliwość dokładnego testu "Komarów". Jednocześnie
wszędzie na trasie nasza kolumna, składająca się z kilku motorowerów,
wzbudzała wielkie zainteresowanie sprzętem i wszystkim, co dotyczy
kraju o nazwie Bolanda.
Jeżeli
jest ktoś chętny na coś podobnego ,Junakami, czy Komarami podejmę
się organizacji. pawel.g@junak.net
|